Styczeń 1945 roku we wspomnieniach młodego wadowiczanina

Przemarsz żołnierzy 18 kołobrzeskiego pułku piechoty, stacjonującego w Wadowicach po wojnie; II połowa lat 40. XX w.

W piątkowe popołudnie 26 stycznia 1945 roku, po kilkudniowych walkach z Niemcami, do Wadowic wkroczyli żołnierze Armii Czerwonej. Dzisiaj chcemy przypomnieć wydarzenia sprzed 76 lat w relacji Romana A. Gajczaka, wówczas dziesięciolatka, który był naocznym świadkiem tamtych wypadków.

Tytułem wstępu

Już w sobotę 20 stycznia 1945 roku sowieckie samoloty przeprowadziły nalot na miasto uszkadzając część budynków. W tym czasie trwała ewakuacja niemieckich urzędów a przez Wadowice ciągnęły tabory wycofującego pod naporem Armii Czerwonej Wehrmachtu. Niemcy nie mieli zamiaru oddać miasta bez walki i przygotowywali się do obrony. Główne stanowiska obronne zlokalizowano w rejonie obecnej Alei Wolności (wówczas Park Allee) oraz parku. W tym ostatnim ustawiono działa, a w pobliskim wąwozie gniazda karabinów maszynowych co stwarzało dla broniących się możliwość obserwacji przedmieść i prowadzenia skutecznego ostrzału. Aby spowolnić marsz Armii Czerwonej Niemcy zaminowali mosty na Skawie, kolejowy i drogowy – ich wysadzenie zmusiłoby tym samym atakujących do forsowania rzeki. Przez kolejne dni trwała wzajemna wymiana ognia. W południe 25 stycznia nad Wadowicami znów znalazły się samoloty sowieckie, które zrzuciły na miasto bomby. Dzień wcześniej w rejon zachodnich i południowo-zachodnich przedmieść Wadowic dotarły czołgi z dwóch brygad pancernych (31 i 42) oraz piechota z z korpusów 52 i 101.

W nocy z 25 na 26 stycznia Niemcy wysadzili w powietrze mosty na Skawie, ale ich sytuacja była beznadziejna – broniący się w rejonie Wadowic Wehrmacht został wzięty w żelazne klaszcze: na północy przez żołnierzy z 305 Dywizji Piechoty płk. Aleksandra Wasilijewa (52 korpus), i na południu przez czerwonoarmistów z 241 Dywizji Piechoty płk. Timofieja Andriejenki.

Ze świtem 26 stycznia rozpoczął się huraganowy ogień sowieckiej artylerii, który trwał do godz. 14.00. Dwie godziny później do Wadowic wjechało pierwszych dziewięć sowieckich czołgów …

Jak tamte dni wyglądały z perspektywy dziesięcioletniego wadowiczanina, przyszłego prawnika i autora książek, Romana Antoniego Gajczaka? Oddajmy głos uczestnikowi tamtych wydarzeń:

W parku stały działa 17 armii [niemieckiej]. W wąwozie o kilkadziesiąt kroków od drewnianej chatki p. Borgoszów, Niemcy założyli gniazdo karabinów maszynowych. Za parkiem od południa, gdzie wznosi się kolonia domków jednorodzinnych, stały niemieckie baraki junkrów *. Cała siła ognia z tych miejsc została skierowana w kierunku Gorzenia i wzgórza Dzwonek, dokąd już podchodzili Rosjanie z 38 Armii IV Frontu Ukraińskiego. Rychło wypatrzyli niemieckie cele, zaczęli walić z armat i katiusz. Odtąd nad naszymi głowami przelatywały przez pięć długich dni i nocy chmary pocisków z gwizdem, świstem, jękiem, kończąc każdą wędrówkę przerażającym hukiem.

Niezwłocznie chcieliśmy opuścić dom p. Borgoszów. Niestety, było już za późno na odwrót. Wymiana ognia zaczęła nabierać stałego charakteru i musieliśmy ulokować się w piwnicy. Piwnica – to brzmi humorystycznie, bo to była piwniczka z podnoszoną klapą, na której stała beczka z kiszoną kapustą. Wewnątrz leżały ziemniaki i trochę rupieci, zajeżdżało stęchlizną, mury były lodowato zimne, klepisko niemiłe. Pani Borgoszowa jak mogła zagospodarowała to nieprzytulne miejsce zapalając przede wszystkim karbidową lampę.

Zebrała się nas spora gromadka, bo do licznej rodziny p. Borgoszów dołączyli wujowie z żonami i dziećmi. Bracia p. Borgoszowej podobnie jak my rozumowali, że tu będzie bezpieczniej. Ponad dwadzieścia osób stłoczyło się pod ziemią, podczas gdy nad nami pociski wyczyniały piekielne harce. Mężczyźni przygotowali łopaty i kilofy na wypadek, gdyby nas zasypało. Kobiety zajmowały się dziećmi. Śpiewały przy tym pieśni religijne i odmawiały modlitwy. Pani Borgoszowa nie bacząc na niemilknącą kanonadę wychodziła na górę i gotowała dla wszystkich strawę, głównie groch z kapustą, bo tylko to miała. [- -]

Gdy nie strzelano, żołnierze z wspomnianego wąwozu, wstępowali do domu, aby się zagrzać. Dzieciom dawali grube tabliczki czekolady. – Nie jedzcie, to zatrute! Ktoś ostrzegł. Gruby Niemiec o odrażającej fizjonomii machnął ręką i zamruczał: – Nie zathute. – Zjedliśmy czekoladę [- -]. Dobra była.

Jednej nocy kilku żołnierzy niemieckich z „Panzerfaustami” weszło do domu, a dwóch do piwnicy. Byli nieogoleni i wyglądali groźnie. Szukali Rosjan (?), po czym zażądali żywności. Pani Borgoszowa dała im resztki chleba, piętki i skórki. Bez słowa je zabrali, zapytali którędy najbliżej na Bielsko i odeszli. [- -]

W czwartek 25 stycznia w późnych godzinach wieczornych Niemcy wysadzili oba mosty. Od huku zgasła karbidówka i dwukrotnie klapnęła klapa od piwnicy. Potężne eksplozje nie zrobiły na mnie oczekiwanego wrażenia; już przyzwyczaiłem się do huku. Przypomniałem sobie teraz o dyskusji prof. Kucharskiego * * z sędzią Erbem * * *. Skoro mosty wyleciały w powietrze, wyzwolenie było już bardzo blisko. Następnego dnia koło południa wyszliśmy na podwórko. Pierwsze wrażenie to rozkosz wdychania tlenu pełną piersią. Ale gdzież jesteśmy? Co to za księżycowy krajobraz? Całe najbliższe otoczenie domu było dosłownie zryte od pocisków armatnich i bomb. Leje niby miniaturowe kratery, otwierały swe czarne paszcze. Zaiste – to cud, iż domek pozostał nietknięty groźną ręką wojny. – Bogu niech będą dzięki – powiedziała moja mama. Pani Borgoszowa otarła dłonią łzę i poszła gotować żur, przysmak zachowany na radosną chwilę. Z wąwozu wyłonił się Józik i pokazał papierosa, którego otrzymał od żołnierza – wyzwoliciela. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że to koniec udręki i niewoli, a my ŻYJEMY! Wprawdzie jeszcze grzmiały salwy artyleryjskie, ale już w oddaleniu. Nadeszła pora, aby wrócić do swoich na ulicę 3 Maja. Mama zgodziła się, bym poszedł z Józikiem Borgoszem. – Dziecku Ruscy nie wyrządzą krzywdy – ktoś tłumaczył.

Około godziny 15.30 udaliśmy się w kierunku głównej szosy. Dzień był dość mroźny, pochmurny i po południu już szarzało. Brudnego śniegu leżało niewiele. Zbliżywszy się do ulicy 3 Maja, ujrzeliśmy sunącą masę wojska. Tak, to była dosłownie ruchoma masa posuwająca się nieustannie na trasie most – rynek. Olbrzymia większość szła, ale nie brakowało Kozaków na koniach, jak gdyby żywcem przeniesionych z obrazów Wojciecha Kossaka. Przestraszyłem się ich.

Żołnierze parli całą szerokością ulicy: jezdnią, rowami i chodnikami. Podobni do siebie opatuleni, z pepeszami i woreczkami z prowiantem, przeważnie wszyscy mieli czapkibaranice, wielu karabiny z bagnetem osadzonym na sztorc. Kozacy w białych kurtkach z futerkiem uzbrojeni byli w nagany. Nie zwracali na nas uwagi, gdy staliśmy przy drodze. Józik był podniecony i wzruszony, ja ciągle jeszcze wystraszony, a przy tym trochę rozczarowany. To takie wojsko? Inaczej sobie wyobrażałem wkroczenie sprzymierzonej armii, bardziej uroczyście, defiladowo.

Defilada 18 kołobrzeskiego pułku na wadowickim rynku; II połowa lat 40. XX w.

Tu i ówdzie paliły się domy, a z oddali dochodziły wciąż strzały armatnie. O kilka kilometrów stąd jeszcze trwała wojna, której już nie potrafiłem sobie wyobrazić. Nowe wrażenie opanowało mnie bez reszty. Byliśmy wolni, wolni… Przesuwający się pochód wojska, już po chwili przestał mnie intrygować. Byli tacy sami i szli do przodu – to wszystko. Pomyślałem o moich najbliższych. Czy żyją? Czy są zdrowi? Nasz dom stał po drugiej stronie ulicy. Jak przebrnąć przez wezbraną żołnierską rzekę? Józik ujął mnie mocno za rękę i jakoś przeszliśmy. Dom stał na swoim miejscu, tylko wszystkie szyby w oknach były wybite. Wewnątrz panował nieprzyjemny półmrok. Szybko przeszliśmy przez sień i kuchnię. Wreszcie pokój… Przed piecem klęczy tata i rozpala ogień. Powitanie, łzy, jest Henryk, są też obie siostry, wszyscy cali bez szwanku, tyle, że czarni jak murzyni! Okazało się, że w piwnicy u pani Fijałkowej, gdzie się schronili, uczerniła ich sadza. Po łzach następuje śmiech.
– Która godzina? – pytam
Tatuś sięgnął do kieszeni kamizeli, a Marylka spogląda na przegub lewej ręki. To odruch. Nie dowiedziałem się, która godzina.
– Zabrali zegarki, Romeczku…
– Kto?
– Zabrali i już.
Dowiedziałem się, że Niemcy zagarnęli całą żywność, jaką posiadaliśmy. Natomiast żołnierze radzieccy, aczkolwiek przychylnie do nas nastawieni, żywo interesowali się zegarkami. Byłem oburzony, choć nie długo, bowiem wkrótce różne przykłady wyjaśniły mi niektóre skomplikowane mechanizmy związane z wojną, frontem, wojskiem…

Rozległ się grzmot, jak podczas trzęsienia ziemi. Nadjeżdżały czołgi. Ława wojska rozsunęła się, jeden z czołgów stanął przed naszym domem. Lufa działa wystająca z paszczy czołgu z charakterystycznym zgrzytem przesunęła się w kierunku wadowickiego parku. Błysk ognia połączył się z potwornym hukiem wystrzału. Resztki szyb wyleciały z okien, a mnie zdawało się że wszystko wokół jeszcze drży. Po chwili padł drugi strzał – i czołg odjechał w stronę rynku.

Zabezpieczyliśmy okna jako tako. Tymczasem ogień w piecu zaczął wesoło buzować i nasza rodzinna grupka poczęła się ogrzewać. Józik pożegnawszy się wrócił do swoich, by przekazać mojej mamie dobre nowiny. Zaczęliśmy się zastanawiać co tu zjeść.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Ktoś nacisnął klamkę i śpiewnie zapytał: – Maażna? – i wszedł. Był to oficer a z nim dziesięciu żołnierzy. Przywitanie wypadło dość sympatycznie, a przybysze poprosili o kwaterę. Byli niezwykle zmęczeni, czasu mieli niewiele, najwyżej cztery godziny. Rozlokowali się tu i tam, w kuchennym piecu zapłonął ogień, w kilku garnkach grzała się woda. Żołnierze sięgnęli po zapasy: chleb, konserwy, wędzonkę, cebule… Nam pociekła ślinka. Oficer (był to chyba kapitan) zaprosił nas do stołu. Zrobił to z pewnego rodzaju wdziękiem, może udawał, że nie widzi naszych pożądliwych spojrzeń, jakimi obrzucaliśmy frontowe wiktuały. Najedliśmy się do syta, a żołnierze po posiłku natychmiast usnęli. Dowódca podtrzymał rozmowę z tatą.

Obserwowałem śpiących, którzy leżeli na podłodze, jak w wygodnych łóżkach. Za kołdry i pierzyny służyły im płaszcze. Żołnierska dola. Przebudzeni, gdy nadszedł czas, wstali bez szemrania, powiedziałbym obojętnie. Pozbierali się szybko, pożegnali naprawdę serdecznie i odeszli. Jeszcze dziś mieli brać udział w akcji bojowej.

Pod stołem zostawili spory pakunek. Cóż to takiego? W brezentowe płótno zawinięte było pół barana. Prezent czy… ? Upłynęło pół godziny nerwowego oczekiwania. Znów ktoś zastukał do drzwi, jeden z żołnierzy powrócił. A więc nie prezent, po prostu zapomnieli… Żołnierz od progu oświadczył, że coś zostawili – …o jest! – wyjął zza szafy butelkę wina, uśmiechnął się i odszedł. Baraninę jedliśmy przez kilka najbliższych dni.

(Fragmenty wspomnieć R. A. Gajczaka za artykułem Oswobodzenie, „Wadoviana. Przegląd historyczno-kulturalny”, nr 1, 1998, s. 53-56)

* Obóz Służby Pracy Rzeszy (Arbeitsdientslager); od lutego do sierpnia 1945 roku w dawnych barakach tego obozu mieścił się Obóz Pracy dla Volksdeutschów.

* * Juliusz Kucharski (1905-1989), absolwent wadowickiego gimnazjum (1930 r.), nauczyciel w gimnazjum i liceum (1937/38, 1945-1965), w czasie okupacji w tajnym nauczaniu; dyrektor Liceum dla Pracujących.

* * * Dionizy Erb (1880-1961), doktor praw, sędzia Sądu Okręgowego w Wadowicach.

Roman Antoni Gajczak (ur. 1935), absolwent Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego w Wadowicach (przedwojennego gimnazjum) i Uniwersytetu Jagiellońskiego, prawnik, pisarz, znawca literatury amerykańskiej, tłumacz. Mieszka w Wadowicach.

Podziel się:

Share on facebook
Share on twitter
Share on email
Share on print

// Inne artykuły

Publikacje za 2019

Pobierz w PDF download a PDF file Author: Marcin Witkowski Muzeum Miejskie w Wadowicach Town Museum in Wadowice ORCID: click here e-mail: wadoviana@wck.wadowice.pl Abstract: Publications for 2019 List